top of page

Narracja autobiograficzna

  • 25 paź 2016
  • 4 minut(y) czytania

Autobiograficzna narracja? Od czego by tu zacząć. Od dzieciństwa? Nie jest to część mojego życia zbyt zajmująca. Mieszkając w niedużym mieście, miałam możliwość wyjeżdżania przy wszelkich okazjach jak wakacje czy ferie na wieś. Spędzając tam znaczny wycinek czasu, odwiedzałam dziadków, jeździłam rowerem oraz bawiłam się w przeróżne gry i zabawy z dziećmi, które albo mieszkały tam na stałe albo tak jak ja przyjeżdżały do swoich babć czy wujków. Lubiłam ten okres. W dorosłym już życiu, kojarzy mi się z beztroską, wczesnymi – mało zaawansowanymi zadaniami szkolnymi i przemożną chęcią zdobywania wiedzy na każdej lekcji z planu zajęć.

Kolejnym etapem w życiu małego odkrywcy rzeczywistości było jak u innych etap gimnazjum. Wydawało się nam wtedy że jesteśmy „tacy dorośli”. Pierwsze wagary, dużo czasu spędzanego na siedzeniu z przyjaciółmi a mało poświęconego na naukę. Nie żebym jakoś nagminnie opuszczała zajęcia, ale powiedzmy sobie szczerze: chciało się wam słuchać pani czy pana x po raz kolejny opracowującego tę samą lekturę z zapałem ślimaka, który raczej zniechęcał niż pobudzał wyobraźnię swoich uczniów? Mi też się to nie uśmiechało…


Przejdźmy więc, po tym krótkim wstępie do faktów, które rzeczywiście miały wpływ na to kim jestem dzisiaj. Pierwszym z nich, jaki mi się przywołuje to poznanie dwóch dziewczyn jeszcze z przełomu okresu podstawówka- gimnazjum. Byłyśmy w odmiennym wieku, nie mniej różnica miedzy każdą z nas wynosiła 2 lata. Z nimi włóczyłam się po uliczkach miasteczka, w którym mieszkałyśmy, rozmawiałam na różne tematy. Nie myślcie że „to takie tam”, każdy przecież chodził gdzieś i gadał o głupotach. My z kolei czytałyśmy wspólnie literaturę, oglądałyśmy filmy (które nie do końca odpowiadały naszej kategorii wiekowej), bo były to ciężkie ekranizacje natury psychologicznej, wiele thrillerów czy dramatów. Rzadko w naszych wieczorkach filmowych można było znaleźć, komedie czy ogólnie przyjęty gatunek romansów i łzawych powrotów. Słuchałyśmy Coldplay, Coma, Eipica czy Green Day.


Z przyjściem pory na liceum niestety kontakt z nimi zmalał a z czasem kompletnie się urwał. Liceum.. myślę że znalazłam się tam przez przypadek, jeśli mam być szczera. Nie pasowałam ani do szkół o profilu humanistycznym, matematycznym a już na pewno nie chciałam iść do ogólniaka, co to, to nie! Zasłyszałam gdzieś że jest liceum o profilu artystycznym. Poszłam więc do szkoły o właśnie takiej specyfikacji. Nie powiem, było ciężko. Tony łez, nieprzespane noce, hektolitry kawy jednak mimo uwag rodziców że „jeśli nie chcesz, nie dasz rady to zostaw to i wracaj” nie poddałam się. A nie nadmieniłam, ta szkoła była oddalona od mojego miejsca zamieszkania ponad 100km, zaraz po tym jak wraz z rodziną przeniosłam się z mojej małej miejscowości do większego miastaJ Ten etap wiele mnie nauczył o życiu. Przede wszystkim tego że ograniczenia istnieją tylko w naszej głowie. Tak jak to, że wiele potrzeba wysiłku by przezwyciężyć przeszkody oraz że posiadanie grona ludzi, z którymi można porozmawiać to istotna rzecz aby przetrwać w takim miejscu przy takich warunkach. Właśnie w tym miejscu i tych warunkach odkryłam że posiadam umiejętności dzięki którym, poprzez rozmowę pomagam ludziom.

D'où venons nous? Que sommes nous? Où allons nous?

Zaczęłam się więc zastanawiać, po ukończeniu tej szkoły i odebraniu dyplomów, co z tym mogę dalej zrobić? Odpowiedź nie przyszła sama z siebie, nie żeby było tak łatwo. Z racji tego że musiałam wrócić do „rodzinnego” miasta, które de facto nim dla mnie nie było, wybrałam studia, które miały być „przerywnikiem” przed zdawaniem na profile artystyczne. Co prawda nie udało się na żaden taki dostać, ale wiecie co? Nie żałuję. Nawet więcej, byłabym głupia gdybym choć przez chwilę tak o tym etapie pomyślała. Kolejny etap – kolejne doświadczenia. W pierwszym roku owych studiów zakończyłam również podyplomówkę, niby podobnie jak w liceum ale pod innym kontem wykorzystanie umiejętności plastycznych. Mimo że studia I stopnia nie były w kierunku artystycznym, nauczyłam się dodatkowo obróbki graficznej i podejścia do dziedziny jaką jest reklama. Drugi i trzeci roku studiów licencjackich był już znacznie łatwiejszy i przyniósł mi kolejną przeprowadzkę. Ta była najprzyjemniejszą z dotąd przebytych, za sprawą osoby która stała się najważniejszą dla mego serca. Nie żebym się rozczulała, ale powiedzcie sami, czy to nie cudownie mieć takie oparcie w kimś?


Wróćmy do dalszej części tejże autonarracji...

Tak, skończyłam I stopień, i co dalej? Długo zastanawiałam się nad dalszym przebiegiem swojej edukacji. Nie chciałam aby był przypadkowy, chociaż mimo zawirowań w poprzednich latach, uważam że tak właśnie miało być.. Miałam iść na podyplomówkę, zacząć studia na kierunku który w tym czasie były bardzo popularny. Przyniosło mi to wiele doświadczenia, sposobów radzenia sobie w różnych sytuacjach i ogromną ilość wiedzy, może nie tak kompletnej – bo człowiek uczy się przez całe swoje życie, ale wystarczającej aby wiedzieć co chcę z nią zrobić dalej.

Wiecie już że miałam „super moce”, znajomi nawet uważali że potrafię czytać w myślach hehe. Mając pewną wrażliwość, niezaspokojony głód wiedzy o postępowaniu ludzi w danej sytuacji oraz przygotowanie dotyczące reklamy, postanowiłam wykorzystać umiejętności i wiedzę łącząc ją w spójną całość. Stało się to za sprawą pewnej mądrej osoby, radzącej mi żebym jako kolejny stopień wybrała socjologię. Jako że byłam już w Białymstoku, nie chciałam się z nim rozstawać. Przyzwyczaiłam się do tego miasta, jej uliczek, stylu życia, chociaż lubię czasem wracać do starych miejsc, gdzie w ciszy mogę zebrać myśli, nie zmącone choćby przejeżdżającym samochodem. Decyzja podjęta: Białystok – socjologia. Pełna zapału wyruszam na zajęcia.. i tu kolejny strzał w pysk. Zajęcia wyrównawcze, miliony zajęć, dużo informacji, ciągłe zmiany planu, teksty których treści nie rozumiem. Jednak cały czas z tyłu w głowie myśl: teraz jest ciężko, ale nie zapominaj o celu. Nauczona doświadczeniem, brnę w treści, zaczynam je rozumieć, zaczynam łapać się w rozkładach, planach oraz łączyć ze sobą informacje z zajęć. Potwierdzeniem tego są referaty, dokumenty oddane na zaliczenie, które nie wypadły najgorzej. Swoją drogą - jestem osobą wręcz pedantyczną w czynnościach które wykonuję i chcę aby były zrobione perfekcyjnie. W innym przypadku strasznie się irytuję. Wiem.. w ten sposób podcinam sobie skrzydła - wiele ludzi mi to mówi. Każdy ma swoje wady.


Reasumując, nie żałuję że znalazłam się w tym punkcie życia, w którym jestem. Wiele się nauczyłam o sobie i o innych. Cieszę się również że w toku nauki znalazł się przedmiot w ramach którego musiałam wykonać to ćwiczenie. Z początku nieufna, nie chciałam się uzewnętrzniać, nie leży to w mojej naturze. Jednak gdy kończę to jakże wyczerpujące zadanie, czuję zadowolenie. Nie z powodu „wykonania zadania” , tylko tego że zmusiło mnie do zastanowienia się nad swoim przebytym życiem, zauważeniem pewnych niuansów. Kończąc, w taką pogodę jak mamy za oknem, muszę przyznać, że ćwiczenie to wyrwało mnie z jesiennej chandry i pokazało drogę dalej. Jestem silniejsza o przywołane wspomnienia, silniejsza o myśl że wszystko da się przezwyciężyć.


Szkoda że mój pies mnie wciąż nie rozumie...


 
 
 

Komentarze


RECENT POSTS:
SEARCH BY TAGS:
bottom of page